Quilt – Held In Splendor (2014)

quiltSporo upłynęło czasu od debiutanckiego krążka bruklińskiej fomacji Quilt. Wydany jakoś listopadem 2012 roku Quilt spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem (czy może było to wynikiem hajpu na wydaną o miesiąc wcześniej Lonerism zespołu Tame Impala?) publiczności. Bardzo intensywna działalność koncertowa, a także częste wzmianki w prasie świadczą jednak o sporym zainteresowaniu muzyką zespołu. I słusznie, bo Quilt jest zdecydowanie jednym z ciekawszych brzmień nowojorskiej sceny neopsychedelicznej.

Held in Splendor zarejestrowane zostało w kwietniu w domowym studio należącym do Mexican Summer, a za produkcję odpowiedzialny był nie kto inny jak Jarvis Taveniere z Woods. Nic więc dziwnego, że płyta łączy w sobie selektywne folkowe brzmienie z kwaśną wręcz stereofonią. Całość wydaje się niezwykle delikatna, a to wszystko za sprawą wielowarstwowych partii wokalnych, a także wyjątkowo ciepłej przestrzeni dźwięku. Owa kosmiczna pełnia szczególnie słyszalna w takich utworach jak Saturday Bridge,  Tie Up The Tides,  Just Dust, World Is a Flat, czy Secendary Swan przypomina astralne podróże na pokładzie The United State of America. Natomiast bardziej folkowa część płyty z takimi hitami jak Arctic Shark, Eye of Pearl, czy Hollow przywodzą na myśl dokonania The Byrds, z którym to trio jest najczęściej porównywane. Uwzględniłbym też Mary Mountain w lekko naelektryzowanym aurze Electric Prunes, no i idealnie wieńczący cały album I Sleep In Nature. Całości albumu można posłuchać klikając tutaj.

Polecam również odświeżyć sobie debiutancki album zespołu, również wydany nakładem Mexican Summer.

etno-drone, czy kosmiczna dżungla? onYou – Recovering the Baseband Signal

onyouMuzyka improwizowana zdecydowanie z pośród wszystkich form muzycznych pretendujących do zachowania autentyczności jest tworem najlepszym, i najbliższym statusowym zamiarom. Może dzieje się tak za sprawą braku jakichkolwiek barier twórczej ekspresji, może dzięki zdeterminowanej wizji artystycznynej na „tu i teraz”, a może po prostu na wyższej formie muzycznego dialogu pomiędzy uczestnikami dźwiękowej uczty? Szczerze mówiąc – nie wiem i nie mam zamiaru w zagłębiać się w to bardziej. Wiem, że muzyka improwizowana przeważnie skłania się w kierunku transu. Stara się bardziej hipnotyzować słuchacza niż mamić go trikami kompozytorskimi. Choć mając na uwadze dokonania Guardian Alien  nie wiem jak z tym ostatnim. Jestem natomiast tego pewien w przypadku Recovering the Baseband Signal zespołu onYou. Wydana 12 listopada 2013 roku przez Captcha Records czeka na Ciebie poniżej.

Nie wiem co jest w tych dźwiękach, ale brzmią jak zaczarowany flet z innej galaktyki. Zupełnie odmienna percepcja melodyczna. Oparte w głównej mierze na mantrycznych motywach kompozycje, główny nacisk kładą na harmoniczny puls ezoterycznego cielska utworu. Zdecydowanie godne polecenia!

Wskrzeszenie Sky Is Hell Black, czyli meksykańska psychodelia Has A Shadow

a1216268265_2To że rynek muzyczny jest bezwzględny dla muzyków o większej wrażliwości dźwiękowej jest faktem wiadomym. Że rynek ów jest bezlitosny dla artystów z krajów o mniejszej tradycji muzycznej jest faktem oczywistym. Nie oznacza to jednak, że sytuacja jest beznadziejna. Coraz częściej jako świeżynki dla szerszej publiczności docierają zespoły, które od dobrych kilku lat swą nędzną rzepkę skrobią. Może nie rzepkę a mistyczną ayahuaskę z pewnością skrobali Has A Shadow, którzy 12 listopada 2013 roku nakładem Captcha Records wydali swój drugi album studyjny – Sky Is Hell Black. Siermiężna w brzmieniu, elektryzująca energią i mamiąca melodyjnością dawka dźwięku może sugerować, że panowie psychodeliczną fantazję wyssaną z mlekiem matki umiejętnie połączyli z zimnym, momentami nowofalowym ujęciem. Zresztą posłuchajcie sami!

No dobra, ale o co chodzi z tym zmartwychwstaniem? Otóż niejaka brytyjska wytwórnia Fuzz Club Records zdecydowała się wydać Sky Is Hell Black własnym nakładem i promując zespół także na starym kontynencie.

Czarne Anioły w sosie Indygo

Co można robić w pociągi relacji Kraków-Gdańsk? Można spać, można jeść kanapki, można czytać, można też gapić się przez okno. Można też odpalić najnowszy album formacji The Black Angels „Indigo Meadow”, co też właśnie czynię. Ogólna konkluzja nie jest zbyt elokwentna: WOW. Jak na muzycznego laika przystało mogę tylko podkręcić gałkę z napisem „volume” do czerwonej kreski, klasnąć w ręce i krzyknąć: „BOMBA!”. Z tym albumem nawet podróż składem TLK „Janusz Korczak”  nie jest straszna, a pola kapusty i leniwie pasące się stada polskich, mlecznych krów niczym nie ujmują psychodelicznym wizualizacjom Winampa – rzepak od razu jakiś bardziej żółty się wydaje, trawa zieleńsza, niebo jak tapeta z Windowsa, a i bułka z pasztetem wcinana przez panią siedzącą pod oknem jakoś mniej przeszkadza – taki to album!

Na szczególne wyróżnienie zasługują:
1. Po pierwsze tytułowy kawałek „Indigo Meadow”: hipnotyczny i zadziorny, brzmi trochę jak Velvet Underground po amfetaminie, które nie może podołać Venus in Furs i podkręca tempo, a zamiast leniwie się kołysać – podrywa się do skoku na uniesione przez fanów ręce. Tak to sobie wyobrażam. Zdecydowanie numer jeden jak dla mnie.

 

Po drugie „Don’t Play with Guns”: To mogłaby być grzeczna i taneczna piosenka wykonywana przez chłopaczków w marynarkach w kratę i identycznych krawatach. Z tą różnicą, że ci chłopcy nie są już tacy grzeczni (choć próbują nas trochę nabrać), bawią się konwencją.

 

Po trzecie „Holland”: nie, ta piosenka nie jestem hołdem dla polskiej reżyserki. Na 4:02 minuty robi się nostalgicznie, gdzieś w tle pobrzmiewa syntezator, który może kojarzyć się z Air, ale może też kojarzyć się z czymś innym. Mnie z Air. Niby jest smutno, ale jakoś nie do końca mogę im uwierzyć. Wrócę do Holandii po zmroku, może lepiej zidentyfikuję klimat. (kiedy śpiewają „yeah I, I’d rather die, then be with you tonight” – mam ochotę zaśpiewać razem z nimi, bo wąsaty koleś z naprzeciwka najwyraźniej zamierza zdjąć skarpetki. nie chcę tu być. bardzo.)

 

Po czwarte „Love Me Forever”: na wstępie jakieś orientalne intro, które od razu przyśpiesza do nieorientalnych rytmów, żeby w refrenie (?) wybuchnąć z punkowym zadziorem. Niby szeptają, żalą się na łzy wylane, niby krzyczą, niby proszą – a ja znowu im nie wierzę! Oczywiście mój brak wiary nie przeszkadza mi tupać nogą, i co chwila spozieram znad ekranu, czy panowie z naprzeciwka tak się patrzą bo mi się bluzka rozpięła, kanapką się umazałam na twarzy, czy może śpiewam na głos i nic o tym nie wiem. (Może zaczęli podejrzewać, że ich obgaduję bezczelnie, w internecie szkalować będę, że im skarpety cuchną? Kto wie?)

 

Coś dziwnego jest w tej płycie. Te trzynaście utworów zawiera przekrój niemal wszelkich możliwych rozwiązań, jakie wynalazła muzyka gitarowa drugiej połowy lat 60. Trochę to brzmi wszystko, jakby the Beatles z grobu wstało dzięki podłączeniu ich do wysokiego napięcia; trochę punkowo, trochę hard rockowo, trochę psychodelicznie; trochę na smutno, trochę na wesoło, trochę do tańca, trochę do samotnego wieczoru przy butelce Porto. Tak czy inaczej, choć im za grosz wiary nie daję, że oni o tej miłości tak serio śpiewają, to i tak nie mogę przestać słuchać. Z miłością od pierwszego wejrzenia (usłyszenia) tak już bywa, że najczęściej jest ślepa i oporna na argumenty, a moja do Indigo Meadow zdaje się być romansem na lata.

innymi słowy: lubię to!

POND – HOBO ROCETS

Niedawno zauważyłem, że gdzieś w ferworze festiwalowo-wakacyjnym, umknęło nowe wydawnictwo australijskiej grupy POND. Szczerze mówiąc, dziennikarzy muzycznych bardziej zajęło odejście Nicka Allbrooka ze składu TAME IMPALA podczas europejskiej trasy, niż powód, dla którego to zrobił. Otóż 5-ego sierpnia ukazał się piąty album Pond, zatytułowany HOBO ROCKET (Modular records) który jest warty uwagi o wiele bardziej, niż internetowe seriale, które być może zajmują wasz czas. Nowemu albumowi niełatwo będzie pobić sukces poprzedniej płyty – Beard, Wives, Denim, ale z całą pewnością należy przyznać chłopcom gwiazdkę za nutkę ironii pobrzmiewającą w kilku kawałkach.

Nie jest sztuką świadomie nawiązywać do klasyków gatunku rodem z lat 60′, ale jest sztuką nawiązać do nich w sposób nieco mniej konwencjonalny, który implikuje wyborne wyczucie smaku. Tak też już w pierwszym „Whatever Happend to Milli” można usłyszeć charakterystyczne dla Bo Diddley’a linie rytmiczne, oraz budujące napięcie partie gitary kontrastowane przez typowy dla Pond, ciężki, połamany akcentami bridge, aby w drugiej części utworu zalać słuchacza (niczym w erotycznej zabawie rozgrzanym woskiem) solidną ścianą dźwięku. „Xanman” to klasyczny hit na każdą imprezę: trochę hardrockowych riffów, świetne frazy melodyczne, i masa efektów – jednym słowem optymizm, dynamizm i nieprzewidywalność. Nic dziwnego, że to właśnie ten utwór został wybrany na singla promującego cały krążek.

Po takiej dawce energii czas na wyciszenie, to właśnie „O Dharma”, piękna, rozmarzona, rozlana gdzieś w przestrzeni ballada, która w pewnym momencie zaczyna wpływać na transowe morza przypominające dźwięki Archive, tyle że zamiast syntezatorowych fal, słyszymy wschodnią bryzę sitaru.

„Aloneaflameaflower” bardziej przypomina Black Sabbat na kwasie, niż australijskich chłopaczków w Ray-banach, jednak nie można mieć wątpliwości w określeniu czyj wokal słyszymy. W pierwszych momentach „Giant Tortoise” może przynieść skojarzenie z My Bloody Valentine, ale nic bardziej mylnego – Pond należy do zespołów, które nie potrafią zaproponować słuchaczowi jednego riffu na repecie. To jakiś miszmasz shoegaze’u, sixtisowej ballady, i hard rocka – oczywiście wszystko zapieczone pustynnym słońcem w kwaśnej skorupce.

Tytułowy utwór to zdecydowanie mój faworyt. Zgiełkliwy, bełkotliwy i transowy, no i przede wszystkim recytacja Cowboy Johna, który przypomina trochę monolog Erica Burdona w „Winds of change”, tyle, że w wersji „kac gigant”. Na zakończenie „Midnight mass”, który idealnie podsumowuje zmienność całego albumu. Z jednej strony melodyjnie rozmazane zwrotki, brutalnie przerwane potężnie brzmiącym bridge’m, aby następnie zabrać nas gdzieś w dalekie rejony, przypominające krajobraz floydowskiego „Echoes”.

Płyta zupełnie inna niż jej poprzedniczki, ale inna nie znaczy kiepska i z całą pewnością powinna się znaleźć na liście „do przesłuchania”!