Czarne Anioły w sosie Indygo

Co można robić w pociągi relacji Kraków-Gdańsk? Można spać, można jeść kanapki, można czytać, można też gapić się przez okno. Można też odpalić najnowszy album formacji The Black Angels „Indigo Meadow”, co też właśnie czynię. Ogólna konkluzja nie jest zbyt elokwentna: WOW. Jak na muzycznego laika przystało mogę tylko podkręcić gałkę z napisem „volume” do czerwonej kreski, klasnąć w ręce i krzyknąć: „BOMBA!”. Z tym albumem nawet podróż składem TLK „Janusz Korczak”  nie jest straszna, a pola kapusty i leniwie pasące się stada polskich, mlecznych krów niczym nie ujmują psychodelicznym wizualizacjom Winampa – rzepak od razu jakiś bardziej żółty się wydaje, trawa zieleńsza, niebo jak tapeta z Windowsa, a i bułka z pasztetem wcinana przez panią siedzącą pod oknem jakoś mniej przeszkadza – taki to album!

Na szczególne wyróżnienie zasługują:
1. Po pierwsze tytułowy kawałek „Indigo Meadow”: hipnotyczny i zadziorny, brzmi trochę jak Velvet Underground po amfetaminie, które nie może podołać Venus in Furs i podkręca tempo, a zamiast leniwie się kołysać – podrywa się do skoku na uniesione przez fanów ręce. Tak to sobie wyobrażam. Zdecydowanie numer jeden jak dla mnie.

 

Po drugie „Don’t Play with Guns”: To mogłaby być grzeczna i taneczna piosenka wykonywana przez chłopaczków w marynarkach w kratę i identycznych krawatach. Z tą różnicą, że ci chłopcy nie są już tacy grzeczni (choć próbują nas trochę nabrać), bawią się konwencją.

 

Po trzecie „Holland”: nie, ta piosenka nie jestem hołdem dla polskiej reżyserki. Na 4:02 minuty robi się nostalgicznie, gdzieś w tle pobrzmiewa syntezator, który może kojarzyć się z Air, ale może też kojarzyć się z czymś innym. Mnie z Air. Niby jest smutno, ale jakoś nie do końca mogę im uwierzyć. Wrócę do Holandii po zmroku, może lepiej zidentyfikuję klimat. (kiedy śpiewają „yeah I, I’d rather die, then be with you tonight” – mam ochotę zaśpiewać razem z nimi, bo wąsaty koleś z naprzeciwka najwyraźniej zamierza zdjąć skarpetki. nie chcę tu być. bardzo.)

 

Po czwarte „Love Me Forever”: na wstępie jakieś orientalne intro, które od razu przyśpiesza do nieorientalnych rytmów, żeby w refrenie (?) wybuchnąć z punkowym zadziorem. Niby szeptają, żalą się na łzy wylane, niby krzyczą, niby proszą – a ja znowu im nie wierzę! Oczywiście mój brak wiary nie przeszkadza mi tupać nogą, i co chwila spozieram znad ekranu, czy panowie z naprzeciwka tak się patrzą bo mi się bluzka rozpięła, kanapką się umazałam na twarzy, czy może śpiewam na głos i nic o tym nie wiem. (Może zaczęli podejrzewać, że ich obgaduję bezczelnie, w internecie szkalować będę, że im skarpety cuchną? Kto wie?)

 

Coś dziwnego jest w tej płycie. Te trzynaście utworów zawiera przekrój niemal wszelkich możliwych rozwiązań, jakie wynalazła muzyka gitarowa drugiej połowy lat 60. Trochę to brzmi wszystko, jakby the Beatles z grobu wstało dzięki podłączeniu ich do wysokiego napięcia; trochę punkowo, trochę hard rockowo, trochę psychodelicznie; trochę na smutno, trochę na wesoło, trochę do tańca, trochę do samotnego wieczoru przy butelce Porto. Tak czy inaczej, choć im za grosz wiary nie daję, że oni o tej miłości tak serio śpiewają, to i tak nie mogę przestać słuchać. Z miłością od pierwszego wejrzenia (usłyszenia) tak już bywa, że najczęściej jest ślepa i oporna na argumenty, a moja do Indigo Meadow zdaje się być romansem na lata.

innymi słowy: lubię to!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s