POND – HOBO ROCETS

Niedawno zauważyłem, że gdzieś w ferworze festiwalowo-wakacyjnym, umknęło nowe wydawnictwo australijskiej grupy POND. Szczerze mówiąc, dziennikarzy muzycznych bardziej zajęło odejście Nicka Allbrooka ze składu TAME IMPALA podczas europejskiej trasy, niż powód, dla którego to zrobił. Otóż 5-ego sierpnia ukazał się piąty album Pond, zatytułowany HOBO ROCKET (Modular records) który jest warty uwagi o wiele bardziej, niż internetowe seriale, które być może zajmują wasz czas. Nowemu albumowi niełatwo będzie pobić sukces poprzedniej płyty – Beard, Wives, Denim, ale z całą pewnością należy przyznać chłopcom gwiazdkę za nutkę ironii pobrzmiewającą w kilku kawałkach.

Nie jest sztuką świadomie nawiązywać do klasyków gatunku rodem z lat 60′, ale jest sztuką nawiązać do nich w sposób nieco mniej konwencjonalny, który implikuje wyborne wyczucie smaku. Tak też już w pierwszym „Whatever Happend to Milli” można usłyszeć charakterystyczne dla Bo Diddley’a linie rytmiczne, oraz budujące napięcie partie gitary kontrastowane przez typowy dla Pond, ciężki, połamany akcentami bridge, aby w drugiej części utworu zalać słuchacza (niczym w erotycznej zabawie rozgrzanym woskiem) solidną ścianą dźwięku. „Xanman” to klasyczny hit na każdą imprezę: trochę hardrockowych riffów, świetne frazy melodyczne, i masa efektów – jednym słowem optymizm, dynamizm i nieprzewidywalność. Nic dziwnego, że to właśnie ten utwór został wybrany na singla promującego cały krążek.

Po takiej dawce energii czas na wyciszenie, to właśnie „O Dharma”, piękna, rozmarzona, rozlana gdzieś w przestrzeni ballada, która w pewnym momencie zaczyna wpływać na transowe morza przypominające dźwięki Archive, tyle że zamiast syntezatorowych fal, słyszymy wschodnią bryzę sitaru.

„Aloneaflameaflower” bardziej przypomina Black Sabbat na kwasie, niż australijskich chłopaczków w Ray-banach, jednak nie można mieć wątpliwości w określeniu czyj wokal słyszymy. W pierwszych momentach „Giant Tortoise” może przynieść skojarzenie z My Bloody Valentine, ale nic bardziej mylnego – Pond należy do zespołów, które nie potrafią zaproponować słuchaczowi jednego riffu na repecie. To jakiś miszmasz shoegaze’u, sixtisowej ballady, i hard rocka – oczywiście wszystko zapieczone pustynnym słońcem w kwaśnej skorupce.

Tytułowy utwór to zdecydowanie mój faworyt. Zgiełkliwy, bełkotliwy i transowy, no i przede wszystkim recytacja Cowboy Johna, który przypomina trochę monolog Erica Burdona w „Winds of change”, tyle, że w wersji „kac gigant”. Na zakończenie „Midnight mass”, który idealnie podsumowuje zmienność całego albumu. Z jednej strony melodyjnie rozmazane zwrotki, brutalnie przerwane potężnie brzmiącym bridge’m, aby następnie zabrać nas gdzieś w dalekie rejony, przypominające krajobraz floydowskiego „Echoes”.

Płyta zupełnie inna niż jej poprzedniczki, ale inna nie znaczy kiepska i z całą pewnością powinna się znaleźć na liście „do przesłuchania”!

Jedna myśl nt. „POND – HOBO ROCETS

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s